Tower of Guns – Brak czasu nawet na wdech

Powiem tak, za dzieciaka ogrywałem wszystkie fpsy jakie wpadały mi w ręce. Później przez lata podchodziłem sceptycznie już do gier „z oczu bohatera”. Gdy wpadł mi w ręce Tower of Guns nie spodziewałem się nic nadzwyczajnego. Jak się okazało – błędnie. Tower of Guns to dynamiczny fps typu roguelike z losowym generatorem poziomów. W grze wcielamy się w postać przemierzającą tytułową wieże siejąc zniszczenie i to dosłownie.

20 dział na pokój to mało

Tower of Guns skupia się na pokonywaniu kolejnych poziomów wieży. Na starcie(lub po każdej śmierci) wybieramy 1 broń z którą zaczynamy oraz jedną umiejętność. Oczywiście na starcie ich ilość jest mocno ograniczona, lecz wraz z ilością poświęconego czasu na odkrywanie tajemnic gry, będzie ich co raz więcej.

Tower of Guns ostrzał

Wieże zaczynamy zazwyczaj pustym pokojem startowym, gdzie możemy się „rozgrzać”. Dalej już będzie tylko ciężej. Po wejściu do pokoju, gdzie widzisz 30 dziwnych latających maszyn, 20 dział, gdzie każde wypuszcza po 5 kul wielkości naszego bohatera, to zastanawiasz się czy płakać czy śmiać się z nieporadności. Po zabiciu wrogów wylatują różne przedmioty – życie, złote monety(again!), kryształy dające doświadczenie czy różne dodatkowe umiejętności(jak np. dodatkowy skok). Monety możemy wydać w znalezionych „sklepikach” na przeróżne ulepszenia.

Sama rozgrywka skupia się jak na najdalszym dojściu w naszej wieży. Z poziomu na poziom jest trudniej. Paradoksalnie najtrudniejsze pokoje, to nie te gdzie mamy dużo przeciwników do pokonania, tylko tam gdzie jest dużo skomplikowanego przemieszczania się. Czasem zdarza się główkowanie, skąd potrójnym skokiem doskoczyć do bryły która wystrzeli nas na ścianę, aby od niej się odbić i wskoczyć na podest. Ma to swój urok.

Esencją gry jest walka z bossami, którzy są delikatnie rzecz ujmując „wymyślni”. Tonowe działo z piłami mechanicznymi wylatującymi z każdym oddanym strzałem? Pikuś(Pan Pikuś!) przy innych wymyślniejszych przeciwnikach.

Na każdym poziomie są porozmieszczane różne sekrety. Czasem jest to wbiegnięcie pod schody, innym razem dostanie się na podwieszoną platformę. Opłaca się czasem pomęczyć, bo za ich odnalezienie potrafimy dostać m.in. kolejny skok, możliwość latania czy nową broń.

Urocza prostota w Tower of Guns

Szata graficzna uderza w samo sedno. Jest prosta i czytelna. Nie ona gra tu główną rolę i widać to od pierwszej minuty gry. Jest zrobiona tak, abyśmy nie musieli się zbytnio na niej skupiać, ale też, by wszystko było widoczne, nie koniecznie na pierwszy rzut oka ale widoczne. Modele postaci są wykonane starannie, choć czasem mamy wrażenie, że inwencja twórców była wspierana różnymi wspomagaczami… nie do końca legalnymi. Wszelkiego rodzaju wybuchy wyglądają przeciętnie, ale tytuł, tak jak wspominałem, nie stawia na widowiskowość, tylko na dynamiczną rozgrywkę.

Oprawa dźwiękowa w grze jest zintegrowana do minimum. Dźwięki wybuchów, strzałów, wysypywania/zbierania monet to większość dźwięków które uświadczymy w grze. Muzyka w grze istnieje, lecz w moim odczuciu jest w ogóle nie potrzebna. Podczas skupienia się na tym, byśmy nie umarli, nie ma czasu na wsłuchiwaniu się co twórcy przygotowali dla nas do posłuchania. Jeżeli kogoś interesuje bardziej ta strona, to mogę powiedzieć tyle, że muzyka jest odpowiednio dopasowana do gry i to niestety tyle.

Tower of Guns typowa sceneria

100 metrów sprintem z karabinem i wrogami

Gra jest trochę jak bieg na 100 metrów – nie ma chwili aby odetchnąć. Jesteśmy wrzuceni w wir akcji od 1 pokoju dopóki nie umrzemy. Jedyny moment na odsapnięcie to po zabiciu wszystkich wrogów w pokoju, ale co nam po tym, skoro za chwile jest kolejny, naszpikowany wrogami pokój? Grę można nazwać połączeniem Serius Sama z The Bindind of Isaac. Może to określenie trochę na wyrost, ale jak najbardziej pasuje. Lubisz panujące zniszczenie? Lubisz umierać i zaczynać od zera?

Zapraszam do wieży.